Dwie strony medalu




Na świecie żyją miliardy ludzi. Każdy jest inny. Każdy człowiek stanowi pojedynczą, wyjątkową jednostkę. Pomimo tego, wszyscy jesteśmy ludźmi i pewne rzeczy są dla nas niezmienne, wspólne, nierozłączne. Te wspólne cechy łączą nas w współgrającą całość. Dzięki temu, możemy zostać zrozumiani przez drugiego człowieka. 
Są dwie części mnie. Pierwsza, którą zazwyczaj widzą inni, ta lepsza, ale zarazem słabsza. Widać ją, się śmieje, jestem radosna, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Mam ochotę i rozmawiać, i słuchać, czuje się dobrze. Po prostu, tak o, sama ze sobą. Nie mam ochoty uciec od wszelkich żywych istot i wpełznąć pod kołdrę.  Przeciwnie - chcę działać i pomagać, rozwijam skrzydła, pokazuje jak najlepszą wersję mnie i daje z siebie wszystko, jestem dobra dla siebie i dla innych.
Niestety, istnieje też druga strona, ta o wiele grosza, przebiegła, chciwa i cwana. Potrafi się ukrywać, nigdy nie wychodzi na światło dzienne. Nikt nigdy nie widział jej prawdziwej twarzy i mało kto zdaje sobie sprawę z jej istnienia. Żeruje na moim bycie, na bycie tej pierwszej(lepszej) twarzy mnie, chce ją zniszczyć. Ta zawistna bestia ściąga mnie w dół, szepcze do ucha "nie dasz rady", "jesteś niczym", "nic nie potrafisz". I co zadziwiające - sprawia, że w to wierzę. Choć nie powinnam, choć wiem, że to kłamstwo! Powtarza to tak długo, że w końcu nie jestem w stanie myśleć inaczej. Nie ma innego wyjścia, nie może być inaczej. “Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą”. Niszczy to doszczętnie moją duszę, a ma to swoje konsekwencje w przyszłości. Pozostaje obecna nawet wtedy, gdy się śmieję, skutecznie kryje się w cieniu i czeka na chwilę słabości, wątpliwości, roztargnienia. Atakuje przy takiej okazji niczym wściekły wąż, bez wahania. Zjawia się jednak po cichu, z przygotowanym już dużo wcześniej jadem. Nakłada na mnie maskę, nie pozwala nikomu się zobaczyć, odkryć, odczuwam to tylko ja. Jestem wtedy pogrążona w smutku, zagubiona w sferze myśli, lecz nie moich. To myśli tego stworzenia, które siedzi głęboko we mnie, ukryty w odmętach mojego umysłu, w czeluściach mojego serca. I nie pozwala się wygonić. Zawsze powraca, przypominając lojalnego psa, ale to tylko obłuda.
Rozkazuje mi. Rządzi nade mną. W rękach dzierży władzę nad moją duszą. Mam ochotę płakać, krzyczeć, błagać o pomoc, ale przecież nie mogę. Muszę być cichutko i udawać. “Jest w porządku”. Nikogo nie interesuje, że cierpisz, nie zawracaj innym głowy. Jesteś problemem.
Jestem słaba, bardzo słaba. Ta ciemna strona, będąca częścią mnie, odbiera mi wszystkie siły i chęci, całą motywację. Chęć życia ulatuje ze mnie, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu, ani kropelki. Bestia mówi takie słowa, które ranią najbardziej, bo zna mnie jak nikt inny. Nie mogłoby być inaczej, jest ze mną i we mnie od zawsze. Przeinacza słowa i czyny bliskich, by zadać mi ból, jak największy i jak najtrwalszy. Bym się już nie podniosła. Bym w pełni się poddała. Rośnie w siłę dzięki smutku, który we mnie żyje, dzięki braku nadziei, dzięki cierpieniu, rozpaczy i żalu. Bez przerwy muszę zmagać się z tym mrocznym “ja”, uważać, by nie spuścić go z oczu, muszę patrzeć na każdy swój krok. Muszę. Obserwować każdą myśl i nie dopuszczać do siebie złych myśli.
Jeśli już raz się poddam, zanim się podniosę i jeśli się podniosę, minie mnóstwo czasu. W takim momencie nastąpi czarna dziura w moim istnieniu. Nie będę rozróżniać wczoraj od dzisiaj, wszystkie dni będą takie same – bez znaczenia. Stracę dni, tygodnie, miesiące, nawet lata, nim stanę na równe nogi. Powracanie do rzeczywistości, potrwa. Będzie to próbą cierpliwości i wytrwałości. Każda kolejna taka próba będzie mnie umacniać. A stanie się to tylko dzięki własnemu zaangażowaniu i wsparciu bliskich, które odgrywa bardzo ważna rolę. Gdy go nie ma, staje się słabsza, a wtedy mój własny demon ma nade mną władze. Kiedy nie czuję, że najbliżsi są ze mną i wierzą we mnie, nic się nie uda. Upadnę i będę spadać, dopóki ktoś mnie nie złapie. Potem musi chwycić mnie za rękę i nie poprowadzić do momentu, w którym będę wiedziała, gdzie iść.  
Myślę, że każdy ma w sobie takiego potwora. Większego czy słabszego, silniejszego czy słabszego, każdy musi z nim walczyć. A gdy znajdzie już sposób, by sobie z nim poradzić, staje się niezwyciężony. Staje się najlepszą wersją samego siebie. Kimś, kogo podziwiamy. Prawdziwym autorytetem. Kimś, kto spełnia swoje marzenia, o których tak często się dzisiaj zapomina. Kimś, kto osiąga szczęście. Zwycięzca. Wygrany. Do tego przecież dążymy. Świadczą o tym nasze niezliczone potrzeby samorealizacji. Nikt nie chce być słaby, prawda?

Komentarze